...to 47 dzień roku. 47 szczęśliwy dzień. Pamiętam jak w trakcie Sylwestra stałam z butelką szampana i podszedł do mnie kolega i tak cholernie szczerze i z troską w głosie powiedział, że życzy mi żebym znalazła szczęście i miłość. Nie chciałam wierzyć, że będę w stanie dać się komuś jeszcze choćby dotknąć. Komuś, kto nie jest D. A tu zjawia się nagle facet, który twierdzi że jestem spełnieniem jego życzenia wypowiedzianego pewnej nocy do spadającej gwiazdy. Jest totalnie dziwny. Totalnie inny niż wszyscy faceci, z którymi miałam mniej lub większą przyjemność się spotkać. Jest totalnie z innej planety. Może właśnie za to tak go uwielbiam. Jest nam dobrze razem. Wkurzamy się na siebie, denerwujemy, sprzeczamy, ale nie umiemy bez siebie już funkcjonować. Szybko to wszystko jakoś leci - wiem. I to jest właśnie dla mnie ZNAK, że to coś dobrego. Bo zapomniałam przy nim o D. Zapomniałam o całym świecie. Łamię wciąż swoje własne zasady.
Najważniejsze jest jednak to, że nie boję się robić planów na przyszłość. Znowu nie boję się marzyć