Pamiętam jak za dzieciaka chodziłam z mamą pierwszego roboczego dnia miesiąca do banku po wypłatę. Najpierw trzeba było oczywiście odstać swoje w banku z okazji "pierwszego", ale później mama dostawała kilka papierków. Monety zawsze dawała mi. Takie wypłaty pamiętam tylko z takich wspomnień. Moje od zawsze były przelewem na konto. Jakie to szybkie, proste, ułatwiające życie i..złudne! Nie widzę pieniędzy tylko cyferki, więc jakoś łatwiej je wydawać. Wchodzę na allegro (to dopiero dzieło szatana!) celem zakupienia jednej książki i klikam i klikam i klikam i nagle pach pach i kupiłam ich pięć. Jakie to wszystko proste! A na koncie cyferek coraz mniej. Ale jaka będzie radość jak przyjdzie znajomy listonosz i znowu się będzie śmiał, że coś zamówiłam. No ale co ja poradzę, że uwielbiam otwierać paczki, a jeszcze bardziej uwielbiam książki. Tyle stron do przeczytania przede mną. Już się cieszę na samą myśl. Chyba już mam jakiś mały plan na urlop :-) i mam też w planie zmienić (znowu!) kolor włosów. i dla małej radości pomalowałam paznokcie na cukierkowy róż - dziwnie mi w nim, ale wesoło jak na niego patrzę. i weekend zapowiada się miło (oby pogoda dopisała!) i jakoś tak jestem pozytywnie dziś nastawiona do świata. i...nie wiem w co się jutro ubrać!!!
wtorek, 28 lipca 2015
sobota, 25 lipca 2015
pomarudzę
Ostatnie miesiące były dla mnie szalenie trudne. Odbiło się to na moim zdrowiu i wyglądzie. Ciągłe nerwy i stres zrobiły swoje. Zawsze byłam za chuda. (tak, niektórzy mają z tym problem ;-) ) Po pewnym czasie uznałam, że trudno - taka moja uroda, takie geny i przestałam się przejmować. Byłam sobie chuda, ale jakoś to znośnie wyglądało. Ostatnio jednak coś często ludzie zaczęli zwracać mi na to uwagę. Przez ciągłe zmęczenie pracą i brakiem zdrowia jakoś ostatnio nie zwracałam uwagi na to jak wyglądam. Dzisiaj chciałam wyjść do sklepu po chleb. Ot, zwykła sprawa. Ubrałam krótkie spodenki, bluzkę na ramiączkach, buty i już miałam wychodzić, ale spojrzałam w lustro. Mało się nie poryczałam. Wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy - czysta anoreksja. Jak mogłam się doprowadzić do takiego stanu? Praca po nocach, niedojedzone obiady (bo się wiecznie spieszę), stres, jeszcze więcej stresu, choroba, a na sam koniec zabieg, po którym praktycznie nie mogę jeść - dieta cud. Rzuciłam się na szafkę i zaczęłam wyciągać spodenki, spódnice, sukienki. Przymierzałam wszystko i coraz więcej łez napływało mi do oczu. Założyłam długie spodnie (30 stopni w cieniu!) i poszłam ze spuszczoną głową po ten cholerny chleb. Nie potrafiłam spojrzeć na kogokolwiek. Miałam wrażenie, że i tak każdy patrzy i myśli o tym, żeby wysłać sms o treści "pomagam". Wróciłam do domu i zrobiłam sobie porządny obiad. Mimo że jedzenie mnie dosłownie boli wciskałam w siebie co się da. Mam już dość papek, serków i innych zapychaczy, od których już mi niedobrze. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam na widok pieczonego udka. Jeszcze nigdy tak mi nie smakowała pomidorówka. Po dwóch tygodniach głodówki siedzę wreszcie najedzona. Ale żeby te jedzenie miało sens i pozwoliło mi wrócić do mojej zwyczajnej chudości muszę pozbyć się jeszcze tego najtrudniejszego czynnika - stresu. Moje odbicie w lustrze nazwało ten stres imieniem D. Moje odbicie było zdeterminowane, żeby przy najbliższej okazji powiedzieć mu, że to koniec, że mam dość, że mnie to wszystko wykańcza. Moje odbicie było tak żałosne, że miałam ochotę schować się pod koc i z niego nie wychodzić. Jako, że to jednak pomysł kiepski zrobiłam sobie fasolkę szparagową i włączyłam film Jana Komasy "Powstanie Warszawskie". I znowu łzy napływały mi do oczu. Ten film to prawdziwa relacja z powstania. Dodano kolory i głos. Ale to nie one odgrywały tam rolę. Pokazane obrazy były przerażające. Nie potrafię się otrząsnąć, nie potrafię zrozumieć jak człowiek człowiekowi może robić takie rzeczy. Popatrzyłam na błękitne niebo za oknem, pomyślałam o moich "problemach" w pracy, w życiu. Popatrzyłam na ekran i zobaczyłam płonące budynki, śmierć, strach i o dziwo ludzi cieszących się z małych rzeczy. Jestem pełna podziwu dla ich postawy i pełna szacunku. Ja pewnie bym nie była w stanie wyjść z domu, a siedzieć w nim też bym się bała. To musi być najgorsze uczucie na świecie ciągle nasłuchiwać nalotów, bać się o życie swoje i czyjeś. Zastanawiam się skąd oni mieli siłę, wiarę, chęci. Wiadomo, że 5 lat wojny zrobiło swoje w psychice ludzi, ale tym bardziej podziwiam ich determinację, wolę walki z okupantem. Musieli mieć w sobie nieskończone pokłady nadziei. Bo przecież idąc walczyć trzeba widzieć w tym sens, trzeba wierzyć w zwycięstwo. Ja po tym filmie nie widzę sensu niczego. Nie widzę sensu tego spalania się. Bo w imię czego? Mam jedno życie, a nie umiem z niego korzystać. Kiedyś klient zobaczył wiszącą w biurze mapę i zapytał gdzie byłam za granicą. Moja odpowiedź, że w Niemczech, Czechach i Słowacji go zdenerwowała. Uznał, że tak naprawdę nie byłam za granicą i że nie umiem korzystać z życia. Że nic z niego nie mam. Taka prawda. Nie mam nic. Mam wspomnienia i nadzieję, że kiedyś wszystko się odmieni. Tylko, że SAMO nie odmieni się nic. Ja nie mam odwagi na wielki krok w przepaść. Teoretycznie skoro nie mam nic to nie mam też nic do stracenia. W praktyce to, że nie mam nic mnie dobija. Jestem coraz starsza i nie mam ani celu, ani pasji, ani nie widzę sensu w tym co robię. Zbieram pieniądze i sama nie wiem na co. Na "przyszłość". Tylko kiedy ona nadejdzie? Żyję czymś, czego nie ma, czego nie umiem nazwać. Przecież ja nawet planów na urlop nie mam, a myślę o przyszłości. Nie mam z kim planować tego urlopu. Dobija mnie uczucie, że jestem sama pośród ludzi. Znajomi mają swoje rodziny, swoje życia, plany, sprawy. A ja mogę tyko liczyć na puste kartki w ich napiętych terminarzach. Moje życie przecieka mi przez palce....a ja tylko patrzę.
poniedziałek, 20 lipca 2015
wszystko jedno
Zmęczyłam się. Nim się zmęczyłam. Czekaniem na Niego. Czekaniem na telefon. Na jakieś miłe słowo. Swoją drogą zdałam sobie ostatnio sprawę z tego, że on nigdy nie powiedział mi najmniejszego komplementu. Nic a nic. Czasem myślę, że jemu jest wszystko jedno czy ja jestem czy mnie nie ma i jaka jestem. A jakiś obcy facet wychodząc ode mnie z biura potrafi zamiast "do widzenia" powiedzieć "Ale Ty śliczna jesteś!" i sprawić mi radość jednym zdaniem na resztę dnia.
Gorzej dla D, że mi już też zaczyna być wszystko jedno. Już mi się nie chce czekać, bo i na co...On chyba myśli, że i tak jestem już cała Jego to po cholerę ma się starać, być miłym, dzwonić, pisać. Przecież powie słowo, a ja głupia rzucę wszystko i pobiegnę.
Gorzej dla D, że mi już też zaczyna być wszystko jedno. Już mi się nie chce czekać, bo i na co...On chyba myśli, że i tak jestem już cała Jego to po cholerę ma się starać, być miłym, dzwonić, pisać. Przecież powie słowo, a ja głupia rzucę wszystko i pobiegnę.
Ale ja już jestem zmęczona bieganiem za Nim. Jestem zmęczona myśleniem o Nim.
Wszystko mi jedno.
Czekam na urlop.
środa, 15 lipca 2015
rachunek za szczęście
"Kto nie umie przysiąść na progu chwili, puszczając całą przeszłość w niepamięć, kto nie jest zdolny trwać w miejscu jak bogini zwycięstwa, nie doznając zawrotu głowy ani lęku, ten nigdy nie dowie się, czym jest szczęście."
Fryderyk Nietzsche
Udało mi się nabrać dystansu, wyrzucić z głowy przeszłość i przyszłość. Udało mi się trwać w teraźniejszości. Udało mi się na chwilę zapomnieć, że poza nami jest ktoś jeszcze na świecie. Cieszyłam się swoim szczęściem. Cieszyłam się widząc szczęście wymalowane na jego twarzy. Już dawno nie widziałam takiej radości w jego oczach. Słuchałam jak spokojnie bije mu serce, patrzyłam jak zasypia obejmując mnie mocno i miałam gdzieś cały świat. Najważniejsze było dla mnie w tamtej chwili tylko moje szczęście.
Świat za te kilka godzin szczęścia zemścił się natychmiastowo. Dostałam rachunek jakiego się nie spodziewałam. I nie da się za niego zapłacić kartą. Bólem, cierpieniem, zawrotami głowy, urlopem na żądanie spędzonym w łóżku.
A miało być tak pięknie. . .
Nie żałuję.
piątek, 3 lipca 2015
Ruchome piaski.
Moje małe kroczki nie ograniczą się jednak tylko do trzech. Wpadłam po uszy w jakieś cholerne ruchome piaski i wszystkie duże ruchy powodują, że wpadam jeszcze bardziej. Najprościej by było odciąć się raz a porządnie Problem w tym, że D i ja razem pracujemy. Jak stracę pracę, problem rozwiąże się sam, ale póki co się na to nie zanosi. Chyba muszę pozwolić działać czasowi. Czas, spokój i trzymanie się z daleka od telefonu - cóż mogę więcej. Nie ma co się oszukiwać - nie przestanę z dnia na dzień go kochać, nie przestanę uwielbiać jego wesołych oczu, nie przestanę pragnąć żeby mnie pocałował. Cholera, te jego usta! Jeden jego pocałunek sprawia, że się poddaję.
Najważniejszy krok już zrobiłam - zaczęłam znowu widzieć świat, ludzi obok. Zobaczyłam JEGO (faceta, od którego zaczyna się ten blog) i zrozumiałam, że przez ostatnie miesiące nie było go obok mnie. A może był? Jeszcze kilka miesięcy temu miałam na jego punkcie bzika, a później za sprawą D nagle zniknął. A teraz muszę szukać lekarstwa na D. Ale przecież nie mogę dać się zbajerować JEMU kolejny raz. To nie jest sposób. Fakt, mam do niego okrutną słabość. Jego wzrok dalej ma jakąś dziwną moc. Podszedł do mnie dziś i popatrzył tak jak pół roku temu, kiedy ostatni raz ze sobą tańczyliśmy. Teraz przypomniałam sobie tamtą noc, tamte słowa, tamte spojrzenie. Cholera, czemu to wszystko musi być takie pokręcone?! Czemu ja sobie wszystko ciągle komplikuję?
Czemu nie patrzą tak na mnie zwykli, wolni faceci?
Jestem na skraju załamania psychicznego. Ale chyba wreszcie zmierzam w dobrą stronę. Dalej w ciągu dnia więcej chwil zwątpienia, smutku. Dalej, kiedy idę pod prysznic i wylewam wrzątek na głowę to i tak trzęsę się z zimna i płaczę sama nie wiedząc na co i po co. Są jednak wreszcie w tych dziwnych dniach chwile radości, chwile w których myślę sobie, że jestem silna i niedługo wszystko się naprawi. Trzeba mi czasu, ale się poskładam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
