Ostatnie miesiące były dla mnie szalenie trudne. Odbiło się to na moim zdrowiu i wyglądzie. Ciągłe nerwy i stres zrobiły swoje. Zawsze byłam za chuda. (tak, niektórzy mają z tym problem ;-) ) Po pewnym czasie uznałam, że trudno - taka moja uroda, takie geny i przestałam się przejmować. Byłam sobie chuda, ale jakoś to znośnie wyglądało. Ostatnio jednak coś często ludzie zaczęli zwracać mi na to uwagę. Przez ciągłe zmęczenie pracą i brakiem zdrowia jakoś ostatnio nie zwracałam uwagi na to jak wyglądam. Dzisiaj chciałam wyjść do sklepu po chleb. Ot, zwykła sprawa. Ubrałam krótkie spodenki, bluzkę na ramiączkach, buty i już miałam wychodzić, ale spojrzałam w lustro. Mało się nie poryczałam. Wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy - czysta anoreksja. Jak mogłam się doprowadzić do takiego stanu? Praca po nocach, niedojedzone obiady (bo się wiecznie spieszę), stres, jeszcze więcej stresu, choroba, a na sam koniec zabieg, po którym praktycznie nie mogę jeść - dieta cud. Rzuciłam się na szafkę i zaczęłam wyciągać spodenki, spódnice, sukienki. Przymierzałam wszystko i coraz więcej łez napływało mi do oczu. Założyłam długie spodnie (30 stopni w cieniu!) i poszłam ze spuszczoną głową po ten cholerny chleb. Nie potrafiłam spojrzeć na kogokolwiek. Miałam wrażenie, że i tak każdy patrzy i myśli o tym, żeby wysłać sms o treści "pomagam". Wróciłam do domu i zrobiłam sobie porządny obiad. Mimo że jedzenie mnie dosłownie boli wciskałam w siebie co się da. Mam już dość papek, serków i innych zapychaczy, od których już mi niedobrze. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam na widok pieczonego udka. Jeszcze nigdy tak mi nie smakowała pomidorówka. Po dwóch tygodniach głodówki siedzę wreszcie najedzona. Ale żeby te jedzenie miało sens i pozwoliło mi wrócić do mojej zwyczajnej chudości muszę pozbyć się jeszcze tego najtrudniejszego czynnika - stresu. Moje odbicie w lustrze nazwało ten stres imieniem D. Moje odbicie było zdeterminowane, żeby przy najbliższej okazji powiedzieć mu, że to koniec, że mam dość, że mnie to wszystko wykańcza. Moje odbicie było tak żałosne, że miałam ochotę schować się pod koc i z niego nie wychodzić. Jako, że to jednak pomysł kiepski zrobiłam sobie fasolkę szparagową i włączyłam film Jana Komasy "Powstanie Warszawskie". I znowu łzy napływały mi do oczu. Ten film to prawdziwa relacja z powstania. Dodano kolory i głos. Ale to nie one odgrywały tam rolę. Pokazane obrazy były przerażające. Nie potrafię się otrząsnąć, nie potrafię zrozumieć jak człowiek człowiekowi może robić takie rzeczy. Popatrzyłam na błękitne niebo za oknem, pomyślałam o moich "problemach" w pracy, w życiu. Popatrzyłam na ekran i zobaczyłam płonące budynki, śmierć, strach i o dziwo ludzi cieszących się z małych rzeczy. Jestem pełna podziwu dla ich postawy i pełna szacunku. Ja pewnie bym nie była w stanie wyjść z domu, a siedzieć w nim też bym się bała. To musi być najgorsze uczucie na świecie ciągle nasłuchiwać nalotów, bać się o życie swoje i czyjeś. Zastanawiam się skąd oni mieli siłę, wiarę, chęci. Wiadomo, że 5 lat wojny zrobiło swoje w psychice ludzi, ale tym bardziej podziwiam ich determinację, wolę walki z okupantem. Musieli mieć w sobie nieskończone pokłady nadziei. Bo przecież idąc walczyć trzeba widzieć w tym sens, trzeba wierzyć w zwycięstwo. Ja po tym filmie nie widzę sensu niczego. Nie widzę sensu tego spalania się. Bo w imię czego? Mam jedno życie, a nie umiem z niego korzystać. Kiedyś klient zobaczył wiszącą w biurze mapę i zapytał gdzie byłam za granicą. Moja odpowiedź, że w Niemczech, Czechach i Słowacji go zdenerwowała. Uznał, że tak naprawdę nie byłam za granicą i że nie umiem korzystać z życia. Że nic z niego nie mam. Taka prawda. Nie mam nic. Mam wspomnienia i nadzieję, że kiedyś wszystko się odmieni. Tylko, że SAMO nie odmieni się nic. Ja nie mam odwagi na wielki krok w przepaść. Teoretycznie skoro nie mam nic to nie mam też nic do stracenia. W praktyce to, że nie mam nic mnie dobija. Jestem coraz starsza i nie mam ani celu, ani pasji, ani nie widzę sensu w tym co robię. Zbieram pieniądze i sama nie wiem na co. Na "przyszłość". Tylko kiedy ona nadejdzie? Żyję czymś, czego nie ma, czego nie umiem nazwać. Przecież ja nawet planów na urlop nie mam, a myślę o przyszłości. Nie mam z kim planować tego urlopu. Dobija mnie uczucie, że jestem sama pośród ludzi. Znajomi mają swoje rodziny, swoje życia, plany, sprawy. A ja mogę tyko liczyć na puste kartki w ich napiętych terminarzach. Moje życie przecieka mi przez palce....a ja tylko patrzę.