niedziela, 6 grudnia 2015

a świat się kręci...

Od kiedy nie-czekam już na D, na jego telefon, widok, smsa chociaż, stałam się nerwowa, drażliwa, wredna. Stałam się zwyczajną wredną małpą. Kłócę się z każdym jak leci. Strzelam fochy na prawo i lewo. Zniknęła ta słynna  słodka ja, którą tak wszyscy kochali. Teraz ludzie zaczynają mieć mnie dość. Z wzajemnością. Mam dość uśmiechania się, bycia miłą. Źle mi z tym. Źle mi z samą sobą. I winię za to D. - za to że świadomie  przez rok pozwalał mi się zakochiwać coraz bardziej i bardziej. 
A kiedy zrozumiał, że wpadłam po uszy zwyczajnie zniknął. Zostawił mnie z rozwalonym totalnie sercem. Zostawił mnie samą sobie. Minęło już kilka miesięcy, a ja zamiast czuć się lepiej mam wrażenie, że rozpadam się coraz bardziej. Nie umiem znaleźć odpowiedzi na tysiąc pytań, a bez nich "powrót do świata" będzie cholernie trudny.

środa, 11 listopada 2015

Dziękuję!

Każdego dnia los rzuca mi wyzwania. Na początku zwykle pojawiają się znikąd łzy w oczach i uczucie bezsilności. W głowie słyszę słowa "nie dasz rady, nie dasz rady" i "masz za swoje". Ogarnia mnie smutek i złość, że znowu, że mnie, że dlaczego. Myślę sobie jednak po chwili, że nie dam się pokonać małym problemom. Robię trzy głębokie wdechy i wydechy i myślę i myślę i myślę. I kombinuję co zrobić, żeby było dobrze. Jestem osobą, która zawsze każdemu pomoże, ale o pomoc prosić nie umie. Ciężko mi więc zrobić z pozoru prostą rzecz - wziąć do ręki telefon i zadzwonić do kogoś, kto może mnie uratować z beznadziejnej sytuacji. No bo niby dlaczego ktoś miałby rzucać wszystko i ratować księżniczkę z opresji? I tu okazuje się, że są w moim małym świecie rycerze z krwi i kości, którzy zawrócą z obranej ścieżki, zmienią plany byle damę ratować i są też kobiety - anioły, które pomogą wstać i znaleźć siły do walki. Jak to moja przyjaciółka ostatnio stwierdziła: dopiero w obliczu problemów dostrzegamy, ilu cudownych ludzi ma się obok siebie. I mnie też przyszło się przekonać, że mogę liczyć na wiele osób, że nie słyszę "nie mam czasu", "nie chce mi się",  "za późno", ale "jakby co, to dzwoń", "nie ma sprawy!", "cieszę się, że mogłam poczuć się potrzebna". 
Powinnam iść do Częstochowy na kolanach i dziękować Bogu za takich przyjaciół i znajomych.

wtorek, 3 listopada 2015

przerwa na kawę

Nie ma to jak dwóch facetów robiących mi kawę i sprzeczających się o idealne proporcje  składników. Bo przecież musi mi smakować. 
I muszę przyznać, że była to jedna z lepszych kaw jakie przyszło mi pić w pracy!

poniedziałek, 12 października 2015

problemy

Tęsknię za tamtymi oczami i każde inne wpatrujące się we mnie, sprawiają że odwracam wzrok.
Tęsknię za tamtymi dłońmi i każde inne wyciągnięte w moją stronę, sprawiają że uciekam.
Tęsknię za tamtymi ustami i każdy dźwięk skierowany z innych, sprawia że się wyłączam.
Tęsknię za D i każdy facet, który nim nie jest, sprawia że tęsknię za nim jeszcze bardziej.
Udało mu się - przestałam myśleć, kalkulować, bać się - zaczęłam po prostu chcieć mieć go przy sobie - bez względu na wszystko. 
Próbowałam jednak pomiędzy tęsknieniem spotykać się z kimś innym. Początek znajomości był obiecujący, ale im dalej w las tym ciemniej, tym bardziej chciałam wracać do tego co było. Stałam się osobą, która ma wiecznie słuchać o problemach i tylko o problemach. A ja mam swoje i słuchanie ciągłego użalania się nad sobą mnie wykańcza. Ok, każdy ma problemy i nie powinien zamykać się z nimi w sobie, ale jest granica. Nie można zrzucać wszystkiego na kogoś innego, nie można ciągle gadać że los się na mnie uwziął i za przykład tych okrutnych problemów podawać takie pierdoły, że głowa mała. Mój niedoszły Luby uważa, że tylko on ma prawdziwe problemy, że jakie ja mogę mieć i że nic tylko się pociąć. On ma najgorzej na świecie i koniec. Słuchanie ciągłych narzekań i tylko narzekań męczy i odbiera energię. Nie mam siły na przebywanie w jego towarzystwie. Nie mam siły słuchać, że jest źle i będzie tylko gorzej. Trzeba przecież odróżnić mówienie o problemach, bo każdy je ma i każdy chce o nich z kimś porozmawiać - to normalne! - od szukania ich na siłę - ba!- od tworzenia ich samemu. Wkręcił sobie, że świat jest cały czas przeciwko niemu i wszędzie szuka na to dowodów. Ciągle tylko słyszę "co ja takiego zrobiłem, że ciągle mam tak pod górkę". Aż mam ochotę mu wykrzyczeć, że jak się cięgle kopie dół to tak jest! On już w poniedziałek wie, że sobota będzie złym dniem. Litości....
Taki typ faceta potrzebuje kobiety "matki", która go wysłucha, przytuli, wesprze, pocieszy, a ja jestem typem kobiety, która ma ochotę kopnąć go w cztery litery i przywrócić do porządku. 
Nie mam na to siły ani ochoty.
Ja potrzebuję czegoś normalnego. 

czwartek, 1 października 2015

po trupach do celu...

...to jakoś nigdy nie było moje motto życiowe. Zawsze to bardziej byłam taką "ofiarą losu", która wszystkim pomoże, a sama zostanie z niczym. Praca w korpo jednak uczyniła mnie innym człowiekiem. Takim dla którego czas wolny praktycznie nie istnieje. Weekend (czasem składający się tylko z niedzieli) służy do wyspania się. Kompletnie nie ma kiedy naładować bateryjek. Mam wrażenie, że działam w jakimś "trybie awaryjnym". Praca w korpo ma też to do siebie, że nie jest się tam człowiekiem, tylko maleńkim trybikiem, w wielkiej maszynie. Mały trybik musi dawać z siebie wszystko, bo jak nie daje to się go bez problemu wymienia na nowy. Bo przecież nie ma niezastąpionych trybików! Ja od początku wiedziałam, że jestem trybik tymczasowy, ale i tak dawałam z siebie milion procent. Bo sto to za mało. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że co mi zależy - i tak mój czas niedługo dobiegnie końca, więc może by tak coś w tej maszynie pozmieniać. Podrzuciłam kilka pomysłów, a kierowniczka ochoczo wprowadzała je w życie. I nagle z szarego małego trybika zostałam trybem. Jako że jestem najmłodsza stażem z załogi - nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Tym bardziej, że ten mój "awans społeczny" został zauważony przez innych. I teraz w oczach starszej stażem koleżanki jestem wrogiem publicznym nr 1, a w oczach innych przebiegłą bestią, która wykończyła starszą stażem. Generalnie poza SSK wszyscy wyglądają na szczęśliwych, że sytuacja się zmienia na korzyść dla mnie, ale ja dziwnie się czuję widząc za sobą trupy. . .
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mój "awans społeczny" polega na tym, że mam przejąć obowiązki dwóch innych osób i pracować dalej za tą samą kasę. 3 etaty w 8 godzin - co to dla mnie. I to wszystko w zamian za możliwość dalszej owocnej współpracy. W sumie po obliczeniach zysków i strat wyszło mi, że wyjdę na plus.
Ta jesień to w ogóle jakaś dla mnie pomyślna. Moja nowa "miłość" kwitnie  w najlepsze. Trafiłam na cierpliwego faceta, który jest gotów poczekać aż się ogarnę po D. Nie jest to prostą sprawą jednak wyrzucić kogoś ot tak z serca i głowy. Nie jest tak prosto cieszyć się z dotyku kogoś innego. 
Najważniejsze jest to, że czuję jakbym stawała na nogi, jakbym mogła wszystko, jakby wszechświat krzyczał, że teraz jest mój czas!
Jestem cholernie zmęczona, ale szczęśliwa. 

edit:

Motto dnia:
 NIE CHWAL DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA

sobota, 26 września 2015

dobrze, jak nie za dobrze

Tab bardzo przyzwyczaiłam się do złego, że dobre mnie przeraża. Zło stało się dla mnie czymś tak normalnym, że nie umiem zrozumieć dobra. Problem w tym, że moja przyjaciółka uświadomiła mnie, że te dobro - to nie dobro, tylko coś normalnego, a to co stało się dla mnie normalne, a czasem wręcz dobre - to jest właśnie zło.

Mam poprzestawiany na maksa system wartości. 
Teraz podobno mam zrozumieć, że to co mam teraz - to jest dobre.

wtorek, 22 września 2015

8 lat później...

Dokładnie osiem lat i jeden miesiąc temu poznałam pierwszego GO. Miałam wtedy wprawdzie chłopaka, ale to nie miało nic wspólnego z miłością. On chciał kogoś mieć i ja też i jakoś tak "byliśmy razem". Kiedy mnie stracił to podobno dopiero wtedy  docenił, kogo miał. No ale podczas tego naszego "bycia razem" poznałam GO.  Uroczy, z pięknymi oczkami, bajerant. Widywaliśmy się praktycznie codziennie z racji tego, że razem pracowaliśmy. Uśmiechom, przelotnym spojrzeniom nie było końca. Byłam gotowa rzucić wszystko w imię tej znajomości. I wtedy przypadkiem ktoś uświadomił mi gorzką prawdę - on jest żonaty, on ma dziecko. Świat mi się zawalił. Wszystko, w  co wierzyłam rozpadło się w jedną krótką chwilę prawdy. Jako że byłam wtedy młoda, nie cierpiałam jednak za długo. 
Teraz - osiem lat później - poznałam GO - numer chyba sześć. Bo przecież ja nie mogę poznać normalnego faceta bez zobowiązań! Za każdym MUSI stać żona z dzieckiem. Albo i dwójką słodkich dzieciaczków. Nie wiem już nawet czy mam się śmiać, czy płakać. 
Tym razem sytuacja nie jest beznadziejna. Trudna do zniesienia, ale nie najgorsza. Dam nam szansę i zobaczymy co z tego wyjdzie. Najbardziej przecież żałuje się straconych szans, niewykorzystanych okazji, żałuje się swojego strachu i niepodjęcia ryzyka. 
Moje życie ma scenariusz, w który czasem sama przestaję wierzyć. Ktoś, kto go układał musiał mieć okrutne poczucie humoru. Ale ja się nie poddam - zagram tymi kartami, jakie dostałam od losu. 
Boję się tylko, że nie skończyłam tak naprawdę rozdziału "D". Ileż można go unikać i liczyć, że wszystko rozejdzie się po kościach...Boję się mojej słabości do niego, ale jeszcze bardziej jednak nie chcę skrzywdzić K - Pana 6. On we mnie wierzy, widzi we mnie dobro. Może ja też je na nowo w sobie odnajdę. 
Wiem jedno - lżej się żyje bez wyrzutów sumienia, ukrywania się, kłamania.Wisi nade mną jakieś fatum od cholernych ośmiu lat - ale tym razem wygram JA!

niedziela, 13 września 2015

wszystkie dzieci nasze są

Dostałam od Boga jakiś dziwny dar. Dostałam bowiem takie 'coś' co uwielbiają we mnie dzieci. Te bliskie mi, ale i ta nieznane. Każde dziecko patrzy się na mnie i uśmiecha. Każde dziecko do mnie lgnie. Nie wiem czemu, ale tak jest. Ciągle słyszę, że powinnam pracować w przedszkolu i że będę cudowną matką. Zawsze jak słyszałam to drugie to mówiłam, że pewnie nigdy nie będę mieć swojego i dlatego wszystkie dzieci kochają mnie i w każdym zakochuję się i ja. Powtarzałam ten tekst, ale w głębi duszy zawsze miałam nadzieję, że jednak spotkam kiedyś faceta mojego życia i że dzidzię z nim mieć będę. Ostatnio nawet bałam się, że jestem w ciąży. Później jednak lekarz pokazał mi na badaniu USG, że moje obawy były bezsensowne, bo chwilowo to musiałby się stać cud, żebym mogła zajść w ciążę. A jeśli już spotkam tego mojego jedynego, to wtedy też trzeba będzie liczyć na cud i zdobycze medycyny. Nie mógł mi zrobić jakiegoś dodatkowego badania, więc na "wyrok" przyjdzie mi czekać jeszcze miesiąc. A wtedy może nałykam się cudownych tabletek i może Matka Natura cudownie mnie naprawi. 


Chyba przestaję pomału wierzyć w szczęśliwe zakończenia. . .

sobota, 5 września 2015

sobota, 15 sierpnia 2015

180 stopni

boję się
cholernie się boję
nigdy wcześniej się tak nie bałam
boję się zadać pytanie, ale najbardziej na świecie boję się odpowiedzi

sobota, 8 sierpnia 2015

jest dobrze!

Poprzedni weekend, zgodnie z tym co sobie obiecałam, był genialny. Zmęczyłam się i odpoczęłam jednocześnie. Nazbierałam sił do walki z samą sobą. To chyba najtrudniejszy przeciwnik z jakim przychodzi nam się w życiu zmierzyć. Obiecałam sobie, że wrócę do pracy i nic mnie nie zdenerwuje. Praca nie jest warta utraty nerwów i wyrywania kolejnych siwych włosów. Tydzień łatwy nie był, ale zaczęłam go i zakończyłam z uśmiechem na twarzy. Odkryłam na nowo, że pracuję z cudownymi ludźmi. Dawno nikt tak sam z siebie nie powiedział mi "my Ciebie po prostu lubimy!". Takie proste słowa, a były szalenie miłe.  Zauważyłam też, że niektórych ludzi wkurza radość innych. I z jeszcze większą przyjemnością demonstrowałam przy takich moją dziką radość z pracy. A co! 
Zrobiłam też kolejny mały kroczek - przestałam czekać. Zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem na co właściwie czekam. Na jedną w miesiącu noc pełną wrażeń? Nie chcę takich relacji. Ja tak nie umiem. Albo wóz, albo...wiadomo. 
Jakoś mi lżej na duszy ostatnio. Lipiec miesiącem był dla mnie koszmarnym, za to sierpień od początku jest łaskawy. Muszę tę szansę wykorzystać na maksa. 
Dalej wciskam w siebie tony jedzenia, ale dziś stanęłam w krótkiej sukience przed lustrem i się do siebie uśmiechnęłam. Nie jestem taka zła ;-)
A dzisiejszy - najgorętszy chyba w moim życiu - dzień, zamierzam spędzić z przyjaciółkami popijając mrożoną kawę i wcinając lody <3
Byle do przodu!

wtorek, 28 lipca 2015

I wanna scream till the words dry out


Pamiętam jak za dzieciaka chodziłam z mamą pierwszego roboczego dnia miesiąca do banku po wypłatę. Najpierw trzeba było oczywiście  odstać swoje w banku z okazji "pierwszego", ale później mama dostawała kilka papierków. Monety zawsze dawała mi. Takie wypłaty pamiętam tylko z takich wspomnień. Moje od zawsze były przelewem na konto. Jakie to szybkie, proste, ułatwiające życie i..złudne! Nie widzę pieniędzy tylko cyferki, więc jakoś łatwiej je wydawać. Wchodzę na allegro (to dopiero dzieło szatana!) celem zakupienia jednej książki i klikam i klikam i klikam i nagle pach pach i kupiłam ich pięć. Jakie to wszystko proste! A na koncie cyferek coraz mniej. Ale jaka będzie radość jak przyjdzie znajomy listonosz i znowu się będzie śmiał, że coś zamówiłam. No ale co ja poradzę, że uwielbiam otwierać paczki, a jeszcze bardziej uwielbiam książki. Tyle stron do przeczytania przede mną. Już się cieszę na samą myśl. Chyba już mam jakiś mały plan na urlop :-) i mam też w planie zmienić (znowu!) kolor włosów. i dla małej radości pomalowałam paznokcie na cukierkowy róż - dziwnie mi w nim, ale wesoło jak na niego patrzę. i weekend zapowiada się miło (oby pogoda dopisała!) i jakoś tak jestem pozytywnie dziś nastawiona do świata. i...nie wiem w co się jutro ubrać!!!


sobota, 25 lipca 2015

pomarudzę

Ostatnie miesiące były dla mnie szalenie trudne. Odbiło się to na moim zdrowiu i wyglądzie. Ciągłe nerwy i stres zrobiły swoje. Zawsze byłam za chuda. (tak, niektórzy mają z tym problem ;-) ) Po pewnym czasie uznałam, że trudno - taka moja uroda, takie geny i przestałam się przejmować. Byłam sobie chuda, ale jakoś to znośnie wyglądało. Ostatnio jednak coś często ludzie zaczęli zwracać mi na to uwagę. Przez ciągłe zmęczenie pracą i brakiem zdrowia jakoś ostatnio nie zwracałam uwagi na to jak wyglądam. Dzisiaj chciałam wyjść do sklepu po chleb. Ot, zwykła sprawa. Ubrałam krótkie spodenki, bluzkę na ramiączkach, buty i już miałam wychodzić, ale spojrzałam w lustro. Mało się nie poryczałam. Wyglądam jak obraz nędzy i rozpaczy - czysta anoreksja. Jak mogłam się doprowadzić do takiego stanu? Praca po nocach, niedojedzone obiady (bo się wiecznie spieszę), stres, jeszcze więcej stresu, choroba, a na sam koniec zabieg, po którym praktycznie nie mogę jeść - dieta cud. Rzuciłam się na szafkę i zaczęłam wyciągać spodenki, spódnice, sukienki. Przymierzałam wszystko i coraz więcej łez napływało mi do oczu. Założyłam długie spodnie (30 stopni w cieniu!) i poszłam ze spuszczoną głową po ten cholerny chleb. Nie potrafiłam spojrzeć na kogokolwiek. Miałam wrażenie, że i tak każdy patrzy i myśli o tym, żeby wysłać sms o treści "pomagam". Wróciłam do domu i zrobiłam sobie porządny obiad. Mimo że jedzenie mnie dosłownie boli wciskałam w siebie co się da. Mam już dość papek, serków i innych zapychaczy, od których już mi niedobrze. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam na widok pieczonego udka. Jeszcze nigdy tak mi nie smakowała pomidorówka. Po dwóch tygodniach głodówki siedzę wreszcie najedzona. Ale żeby te jedzenie miało sens i pozwoliło mi wrócić do mojej zwyczajnej chudości muszę pozbyć się jeszcze tego najtrudniejszego czynnika - stresu. Moje odbicie w lustrze nazwało ten stres imieniem D. Moje odbicie było zdeterminowane, żeby przy najbliższej okazji powiedzieć mu, że to koniec, że mam dość, że mnie to wszystko wykańcza. Moje odbicie było tak żałosne, że miałam ochotę schować się pod koc i z niego nie wychodzić. Jako, że to jednak pomysł kiepski zrobiłam sobie fasolkę szparagową i włączyłam film Jana Komasy "Powstanie Warszawskie". I znowu łzy napływały mi do oczu. Ten film to prawdziwa relacja z powstania. Dodano kolory i głos. Ale to nie one odgrywały tam rolę. Pokazane obrazy były przerażające. Nie potrafię się otrząsnąć, nie potrafię zrozumieć jak człowiek człowiekowi może robić takie rzeczy. Popatrzyłam na błękitne niebo za oknem, pomyślałam o moich "problemach" w pracy, w życiu. Popatrzyłam na ekran i zobaczyłam płonące budynki, śmierć, strach i o dziwo ludzi cieszących się z małych rzeczy. Jestem pełna podziwu dla ich postawy i pełna szacunku. Ja pewnie bym nie była w stanie wyjść z domu, a siedzieć w nim też bym się bała. To musi być najgorsze uczucie na świecie  ciągle nasłuchiwać nalotów, bać się o życie swoje i czyjeś. Zastanawiam się skąd oni mieli siłę, wiarę, chęci. Wiadomo, że 5 lat wojny zrobiło swoje w psychice ludzi, ale tym bardziej podziwiam ich determinację, wolę walki z okupantem. Musieli mieć w sobie nieskończone pokłady nadziei. Bo przecież idąc walczyć trzeba widzieć w tym sens, trzeba wierzyć w zwycięstwo. Ja po tym filmie nie widzę sensu niczego. Nie widzę sensu tego spalania się. Bo w imię czego? Mam jedno życie, a nie umiem z niego korzystać. Kiedyś klient zobaczył wiszącą w biurze mapę i zapytał gdzie byłam za granicą. Moja odpowiedź, że w Niemczech, Czechach i Słowacji go zdenerwowała. Uznał, że tak naprawdę nie byłam za granicą i że nie umiem korzystać z życia. Że nic z niego nie mam. Taka prawda. Nie mam nic. Mam wspomnienia i nadzieję, że kiedyś wszystko się odmieni. Tylko, że SAMO nie odmieni się nic. Ja nie mam odwagi na wielki krok w przepaść. Teoretycznie skoro nie mam nic to nie mam też nic do stracenia. W praktyce to, że nie mam nic mnie dobija. Jestem coraz starsza i nie mam ani celu, ani pasji, ani nie widzę sensu w tym co robię. Zbieram pieniądze i sama nie wiem na co. Na "przyszłość". Tylko kiedy ona nadejdzie? Żyję czymś, czego nie ma, czego nie umiem nazwać. Przecież ja nawet planów na urlop nie mam, a myślę o przyszłości. Nie mam z kim planować tego urlopu. Dobija mnie uczucie, że jestem sama pośród ludzi. Znajomi mają swoje rodziny, swoje życia, plany, sprawy. A ja mogę tyko liczyć na puste kartki w ich napiętych terminarzach. Moje życie przecieka mi przez palce....a ja tylko patrzę. 

poniedziałek, 20 lipca 2015

wszystko jedno

Zmęczyłam się. Nim się zmęczyłam. Czekaniem na Niego. Czekaniem na telefon. Na jakieś miłe słowo. Swoją drogą zdałam sobie ostatnio sprawę z tego, że on nigdy nie powiedział mi najmniejszego komplementu. Nic a nic. Czasem myślę, że jemu jest wszystko jedno czy ja jestem czy mnie nie ma i jaka jestem. A jakiś obcy facet wychodząc ode mnie z biura potrafi zamiast "do widzenia" powiedzieć "Ale Ty śliczna jesteś!" i sprawić mi radość jednym zdaniem na resztę  dnia.
Gorzej dla D, że mi już też zaczyna być wszystko jedno. Już mi się nie chce czekać, bo i na co...On chyba myśli, że i tak jestem już cała Jego to po cholerę ma się starać, być miłym, dzwonić, pisać. Przecież powie słowo, a ja głupia rzucę wszystko i pobiegnę. 
Ale ja już jestem zmęczona bieganiem za Nim. Jestem zmęczona myśleniem o Nim. 
Wszystko mi jedno.

Czekam na urlop.

środa, 15 lipca 2015

rachunek za szczęście

"Kto nie umie przy­siąść na pro­gu chwi­li, puszczając całą przeszłość w niepa­mięć, kto nie jest zdol­ny trwać w miej­scu jak bo­gini zwy­cięstwa, nie doz­nając zaw­ro­tu głowy ani lęku, ten nig­dy nie do­wie się, czym jest szczęście." 
Fryderyk Nietzsche

Udało mi się nabrać dystansu, wyrzucić z głowy przeszłość i przyszłość. Udało mi się trwać w teraźniejszości. Udało mi się na chwilę zapomnieć, że poza nami jest ktoś jeszcze na świecie. Cieszyłam się swoim szczęściem. Cieszyłam się widząc szczęście wymalowane na jego twarzy. Już dawno nie widziałam takiej radości w jego oczach. Słuchałam jak spokojnie bije mu serce, patrzyłam jak zasypia obejmując mnie mocno i miałam gdzieś cały świat. Najważniejsze było dla mnie w tamtej chwili tylko moje szczęście. 
Świat za te kilka godzin szczęścia zemścił się natychmiastowo. Dostałam rachunek jakiego się nie spodziewałam. I nie da się za niego zapłacić kartą. Bólem, cierpieniem, zawrotami głowy, urlopem na żądanie spędzonym w łóżku. 
A miało być tak pięknie. . .

Nie żałuję.

piątek, 3 lipca 2015

Ruchome piaski.

Moje małe kroczki nie ograniczą się jednak tylko do trzech. Wpadłam po uszy w jakieś cholerne ruchome piaski i wszystkie duże ruchy powodują, że wpadam jeszcze bardziej. Najprościej by było odciąć się raz a porządnie Problem w tym, że D i ja razem pracujemy. Jak stracę pracę, problem rozwiąże się sam, ale póki co się na to nie zanosi. Chyba muszę pozwolić działać czasowi. Czas, spokój i trzymanie się z daleka od telefonu - cóż mogę więcej. Nie ma co się oszukiwać - nie przestanę z dnia na dzień go kochać, nie przestanę uwielbiać jego wesołych oczu, nie przestanę pragnąć żeby mnie pocałował. Cholera, te jego usta! Jeden jego pocałunek sprawia, że się poddaję. 
Najważniejszy krok już zrobiłam - zaczęłam znowu widzieć świat, ludzi obok. Zobaczyłam JEGO (faceta, od którego zaczyna się ten blog) i zrozumiałam, że przez ostatnie miesiące nie było go obok mnie. A może był? Jeszcze kilka miesięcy temu miałam na jego punkcie bzika, a później za sprawą D nagle zniknął. A teraz muszę szukać lekarstwa na D. Ale przecież nie mogę dać się zbajerować JEMU kolejny raz. To nie jest sposób. Fakt, mam do niego okrutną słabość. Jego wzrok dalej ma jakąś dziwną moc. Podszedł do mnie dziś i popatrzył tak jak pół roku temu, kiedy ostatni raz ze sobą tańczyliśmy. Teraz przypomniałam sobie tamtą noc, tamte słowa, tamte spojrzenie. Cholera, czemu to wszystko musi być takie pokręcone?! Czemu ja sobie wszystko ciągle komplikuję? 
Czemu nie patrzą tak na mnie zwykli, wolni faceci?
Jestem na skraju załamania psychicznego. Ale chyba wreszcie zmierzam w dobrą stronę. Dalej w ciągu dnia więcej chwil zwątpienia, smutku. Dalej, kiedy idę pod prysznic i wylewam wrzątek na głowę to i tak trzęsę się z zimna i płaczę sama nie wiedząc na co i po co. Są jednak wreszcie w tych dziwnych dniach chwile radości, chwile w których myślę sobie, że jestem silna i niedługo wszystko się naprawi. Trzeba mi czasu, ale się poskładam.

sobota, 27 czerwca 2015

być tak blisko

"Najbardziej odczujesz brak jakiejś osoby, kiedy będziesz siedział obok niej i będziesz wiedział, że ona nigdy nie będzie twoja."
Zawsze byłam bałaganiarą. O ile jednak bałagan w szafie czy na biurku mogę szybko i łatwo ogarnąć, to tego który zrobiłam sobie w głowie nie sposób posprzątać niczym. Kubeł zimnej wody nie pomaga, świadomość własnej głupoty też nie. Zaczęłam więc od małych kroczków. Nie sądziłam jednak, że ten mały pierwszy kroczek okaże się tak trudny i bolesny. Zaczęłam od niepocałowania go i niedotykania. Brzmi prosto? Co trudnego jest w niecałowaniu i trzymaniu się z rękami z daleka? Ano to, że zawsze na powitanie i pożegnanie dawaliśmy sobie chociaż małego buziaka. Że w każdej chwili, gdy byliśmy sami przytulaliśmy się jakbyśmy się mieli już nigdy nie zobaczyć. Cholernie trudno było mi podejść i  przywitać się na odległość zwykłym "hej".  Jeszcze trudniej było odchodzić kiedy On się zbliżał. Kiedy odchodził miałam łzy w oczach. Tak strasznie chciałam, żeby wrócił, objął mnie i pocałował. W jego oczach widziałam to samo. Stał, patrzył na mnie bezradny i smutny, jakby nie wiedząc co zrobić. To była jedna z gorszych chwil ostatnich miesięcy. Wsiadłam do samochodu i próbowałam nie płakać. Nie wyobrażam sobie, że tak będą teraz wyglądać nasze spotkania. Nie dam rady być tak blisko niego i jednocześnie tak daleko...

sobota, 20 czerwca 2015

weekendowo

Zawsze i wszędzie chwaliłam moją pracę. Mówiłam, że jak nadejdzie ostatni dzień umowy to się popłaczę, że nie wyobrażam sobie jak to będzie "później". Mówiłam, że ta praca to przede wszystkim ludzie. A teraz sobie myślę, że ta praca to przede wszystkim stres, a dopiero później ludzie - ludzie, którzy w większości działają mi na nerwy swoją głupotą. Faktem jest, że to ja stałam się nerwowa, zestresowana i przestałam się cieszyć z tego co mam. Faktem jest, że  moje ciągłe "niechcemisię" nie pomaga w niczym. Ludzie się nie zmienili, praca się nie zmieniła - czyli to we mnie coś pękło. Gdyby ktoś zaproponował mi teraz inną pracę - zmieniłabym moją bez mrugnięcia okiem. Każdego kolejnego dnia mam wrażenie, że tracę siły, moc, chęci, zapał, radość. Każdego dnia się wypalam. Czuję ciągłą presję, ciągłe absurdalne wymagania. Widzę absurd na absurdzie. Jak słyszę niektóre pomysły to mam ochotę wyskoczyć przez okno.
Wiem że pracę trzeba doceniać, że mam tam dobrze, że poznaję nowych ludzi, że dobrze płacą. Czego chcieć więcej?

Satysfakcji! Pasji! Sensu! Celu! 
Satysfakcji, że robię coś ważnego, coś co ma znaczenie.
Zabierania się do pracy z radością i zaangażowaniem.
Świadomości, że moje poświęcenie ma jakiś sens.
Celu, który nie jest wolnym weekendem. . .

Generalnie jednak lubię moją pracę. Lubię do niej przychodzić i witać się w drodze do biura z wieloma ludźmi. Lubię zamienić z każdym choćby słowo. Lubię nawet czasem odebrać telefon, pisać maile. Lubię czasem czekać na spotkanie.Czasem lubię moją pracę.

czwartek, 11 czerwca 2015

Biegnę prosto w ogień

Nie wiem co zrobić. Nie radzę sobie z tym wszystkim sama. Nie radzę sobie już nawet ze wsparciem ze strony przyjaciół. Oni też już chyba nie wiedzą jak mi pomóc. Jedna osóbka zasugerowała, że może to dobry czas, żeby udać się do psychologa - poszukać pomocy z zewnątrz. Mój 'problem' mnie niszczy od środka, a ja tylko na to patrzę.
Nie umiem odejść, bo mam wrażenie, że sama odetnę się od tlenu. Jestem szczęśliwa ostatnio TYLKO przy Nim. 
Nie umiem zostać. Bo kiedy On jest przy mnie BLISKO to boli jeszcze bardziej. Wtedy wszystko uderza we mnie ze zdwojoną siłą.
Kiedy jesteśmy razem On  nie wypuszcza mnie z rąk. Cały czas musi mnie mieć blisko. A później tak po prostu znika, przestaje istnieć, a ja zostaję sama z tym całym bałaganem w głowie.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

o miłości

Ja - rozmawiam przez telefon. długo. bardzo długo. śmieję się jak głupek.
Ona - siedzi i słucha i patrzy. później je. jeszcze później bawi się telefonem
wieki później....
Ja (do telefonu) - No to pa!
Ona (do mnie) - i On tak codziennie?
Ja - no tak
Ona - codziennie dzwoni i rozmawiacie o niczym?
Ja - no tak!
Ona - cholera
Ja - co cholera?
Ona - Jemu musi serio na Tobie zależeć. Ja bym tak nie mogła z facetem gadać o niczym przez telefon. Codziennie. Nad czym się zastanawiasz? I tak już się wkopałaś! PRZESTAŃ MYŚLEĆ! ROZUMIESZ??

Rozumiem. Staram się przecież.

Kocham go.  Tyle wymyśliłam.


czwartek, 28 maja 2015

chwile jak te

Czasem sobie myślę, że ja jestem poważnie niedzisiejsza. Nie nadążam za światem, w którym głównymi potrzebami staje się hajs, seks i dobra zabawa. A ja potrzebuję po prostu drugiego człowieka obok. Siedzę obok faceta, w którym się zakochałam po uszy. Patrzę mu w oczy i słucham jak to podobno seks uszczęśliwia. A mnie najbardziej uszczęśliwiają te chwile, w których mnie mocno przytula, tak że cały świat nagle znika. O dreszcze przyprawiają mnie jego czułe i delikatne pocałunki. Jestem szczęśliwa, kiedy On otwiera rano oczy i się do mnie uśmiecha. Uszczęśliwiają mnie te chwile, w których czuję że jestem dla niego ważna JA. 
Największą radość sprawia mi jednak jego szczęście. Czymkolwiek ono dla niego jest.

czwartek, 21 maja 2015

szczęście ma jego imię

Mam plan. Będę szczęśliwa. Z NIM! Bo niby dlaczego całe życie mam poświęcaj swoje szczęście dla kogoś. Mam już dość bycia tą naiwną, dobrą. Mam dość bycia wiecznie ZA DOBRĄ. Nie mam zamiaru nikogo krzywdzić dla własnego szczęścia, ale nie mam ochoty też się przejmować ciągle innymi. Jak jestem z nim - jestem szczęśliwa. I niech tak zostanie.
Moja przyjaciółka, po której spodziewałam się rad typu "daj sobie z nim spokój" zaskoczyła mnie mądrością godną filozofów: "Chcesz być z nim szczęśliwa? To sobie to szczęście weź. Powiedz mu to! Powiedz, że ma być tylko Twój! Przestań myśleć i bądź szczęśliwa"
I będę!

sobota, 16 maja 2015

Przegrałam

Chciałabym móc przez chwilę nie myśleć, zapomnieć, uwolnić się od tego całego szajsu. Chciałabym, żeby chociaż przez chwilę był dzięki mnie szczęśliwy. 
Ale nie umiem...
Nie umiem sprawić, żebym ja była szczęśliwa i zamęczam go swoim nieszczęściem. Wysyłam milion sprzecznych sygnałów. 
On chce czegoś, czego ja nie umiem mu dać. On też chce na chwilę uciec.
Chcę, bardzo chcę wszystko zmienić, ale nie potrafię...
Jest tylko jedno wyjście z tej beznadziei.
Nie chcę go stracić, ale nie umiem dać mu szczęścia. A przecież chyba o to chodzi w tej całej "miłości".
Zakochałam się. Przegrałam.

poniedziałek, 4 maja 2015

no woman no cry

No i skończyły się pozytywne małe rzeczy codziennych dni. Po ulotnych chwilach radości powróciła burza. Nie umiem sobie z nią sama poradzić, a nie mam nikogo kto by pozwolił mi się wypłakać. Duszę w sobie łzy, nie pozwalam im płynąć. Zapomniałam jak się uśmiecha na siłę, jak się jest miłą. Nie chce mi się. Bo i po co? Bo cholerę to wszystko? 
Zawsze ja obrywam, zawsze ja cierpię, zawsze ja jestem ta zła. Bo chciałam dobrze. 
Nie chce mi się wstawać rano, nie chce mi się nic. Nie mam siły.

sobota, 2 maja 2015

forever

Nie umiałam przestać na niego patrzeć. Patrzyłam jak śpi i jak się uśmiecha do mnie po przebudzeniu. Jak się skrada, żeby dać mi buziaka.
A później ja się obudziłam, a jego już nie było...
Zawsze tak będzie.

wtorek, 28 kwietnia 2015

nie jest źle

Zostałam wezwana do szefowej na dywanik. Niepewnie usiadłam, bo nie wiedziałam w sumie czego się spodziewać. Ku memu ogromnemu zdziwieniu usłyszałam same pochwały. Podobno jestem niesamowitym szczęściem naszej kochanej korporacji. Zrobiłam się czerwona jak burak. Nie umiem przyjmować pochwał. Coś tam bełkotałam, podziękowałam i na koniec dostałam podwyżkę! Małą, bo małą, ale zawsze coś.
Wniosek na dziś: Nie takie korpo straszne :) 
Czasem nawet jest miło. 
 
Miałam dzisiaj cudowną pobudkę. Chcę tak codziennie! 
I chcę też już móc przestać tęsknić..
 
Nie powinnam pisać, że NIE JEST ŹLE. Powinnam pisać, że jest dobrze. Tylko że ciągle nie umiem się cieszyć z tego co mam. Całe te "małe szczęścia" widzę dopiero po czasie. 
 
 

niedziela, 26 kwietnia 2015

pozytywnego coś

Przeczytałam wszystkie posty, które zamieściłam na tym blogu. Od samego początku smęcę i to ciągle tylko o jednym. Nie miałam siły tego czytać, a pomyśleć że ja to wszystko czułam i ciągle czuję. Żadnych zmian. Przeczytałam i pomyślałam, że nadszedł czas na coś pozytywnego. Nie, nie wydarzyło się w moim życiu żadne wielkie szczęście. Ciągle jakoś nie umiem go tak prawdziwie dostrzec i się nim cieszyć. 
Nie wydarzyło się nic spektakularnego, żadnej wielkiej radości, ale 
- słońce wyszło wreszcie zza chmur i mogę wkładać ulubione sukienki
- śmiałam się wczoraj tak szczerze do łez. Tak strasznie brakowało mi tego uczucia. Śmiałam się cały wieczór. 
- umyłam wreszcie samochód i wreszcie nie wstyd nim jeździć ;-)
- sprawiłam radość kilku osobom
- odcięłam się od osoby, która wsysała wiecznie we mnie negatywną energię
- usłyszałam masę komplementów i nauczyłam się za nie dziękować

niewiele tego, ale na początek wystarczy, bo przecież najważniejszy jest pierwszy krok!

środa, 22 kwietnia 2015

polećmy. . .

ONA dawno temu przechodziła to samo, co ja teraz. Tamta historia skończyła się źle. Bardzo źle. Podobno tak źle, że boli do tej pory. Boli, mimo że teraz układa życie z kimś innym, mimo że upłynęło ładnych parę lat. Ma teraz swoją małą rodzinkę. Tamtych dni, przeżyć, bólu nie da się jednak wymazać. Zapytała tylko, czy mam nadzieję że kiedyś nam się uda. Kiedy pewnym głosem odpowiedziałam NIE - uspokoiła się. Mówiłam, że wiem jak jest, jak będzie, ale że teraz nie umiem odpuścić, że jest za późno, że chyba gorzej być nie może. Posmutniała, bo chyba widziała we mnie dawną naiwną siebie. Ja posmutniałam, bo wcale nie byłam pewna tego NIE. Pewna jestem, że NIE CHCĘ zniszczyć jego rodziny, ale po cichu w głębi duszy liczę jednak, że zrobi to ktoś inny...Czuję się z tym źle. Źle mi ze świadomością tego, co robię. Źle mi z tym, co czuję. 
Nie umiem nic nie czuć. Nie umiem powstrzymać radości na dźwięk jego głosu. Nie umiem się nie uśmiechać, kiedy On się uśmiecha do mnie. Jak mam się nie cieszyć, że jestem powodem jego radości?


niedziela, 12 kwietnia 2015

złodziej

Chciałam mu wszystko powiedzieć, wygarnąć, wykrzyczeć. Udało mi się wydusić z siebie tylko jedno zdanie. Wymusiłam na nim ostatnią obietnicę, której i tak nie spełni. Właściwie to już schrzanił. Po tym jednym zdaniu mało się nie rozpłakałam. On mówił, obiecywał kolejny raz, chciał kolejnej szansy. Udawałam twardą, że mu nie wierzę, że mam go gdzieś, że mi nie zależy. Nie uwierzył, obstawiał przy swoim.
Ukradł mi radość. Ukradł mi chęci do wstawania rano. Ukradł mi radość z pracy. Ukradł mi moc.

wtorek, 7 kwietnia 2015

tak będzie lepiej

Tak będzie lepiej. Tak będzie lepiej. Tak będzie lepiej!
Teraz sobie popłaczę, ale później - jak już łez mi zabraknie - będzie lepiej. 
Tak to sobie powtarzam patrząc w lustro na twarz zapłakanej dziewczyny. Wiedziałam, że tak to się skończy, że to ja będę płakać, ALE wcześniej miały być te cholerne chwile szczęścia. Trzymałam się tej małej nadziei. Z małej iskierki chciałam rozpalić ogień. O ja naiwna. Zamiast ognia był deszcz, śnieg i mróz. I grad.
Pięką mnie już oczy. To były najgorsze święta w moim życiu. Albo w sumie w ogóle ich nie było. Bo czy to święta, kiedy chowa się pod kocem i w ukryciu płacze?

Oprócz tego, że jestem naiwna do bólu odkryłam też, że jestem świetną aktorką. Przy ludziach zakładam uśmiech na twarz i jestem 'szczęśliwa'. Nauczyłam się tej sztuczki w pracy.
Tylko moja przyjaciółka wie jak jest. Zadzwoniła i po jednym moim zdaniu stwierdziła, że coś jest nie tak. A przecież się śmiałam...


sobota, 4 kwietnia 2015

śmiechu mi trzeba

Tak sobie teraz uświadomiłam, że już dawno się nie śmiałam. Tak do łez i bólu brzucha. Uśmiecham się codziennie po tysiąc razy, ale nie pamiętam już swojego śmiechu. Ostatni raz chyba w moje urodziny. Paliłam papierosa i mimo mrozu było mi gorąco. Śmiałam się z siebie. Tak. To była genialna chwila. 


piątek, 3 kwietnia 2015

zimno

słowa czasem nie znaczą nic. słowa są piękne. słowami można zranić, nawet samo wspomnienie słów potrafi wywołać ból.
czyny weryfikują wszystko. to przez nie nie potrafię teraz oddychać. na słowa można się dać nabrać, czyny pokazują prawdziwe ja. to przez nie czuję w sercu ból. okrutny ból w sercu i w płucach i żołądku i głowie i czuję zimno - dziwne zimno. zimno mi w środku.

poniedziałek, 30 marca 2015

D.

Za każdym razem myśląc o  tej całej sprawie JA-D myślałam tylko o tym co ja czuję, co czeka mnie. Dopiero dziś rozmawiając z Nim zdałam sobie sprawę, że to On ma najwięcej do stracenia wchodząc w 'związek' ze mną. To On ma poukładany świat i to ja stanęłam mu na drodze. Nie mam prawa wkurzać się, że nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, że postępuje chaotycznie. Sama nie wiem, co o tym myśleć, co robić, jak się zachowywać. Ale to od jego decyzji zależy wszystko. Ja mam do stracenia tylko łzy i czas, On może stracić wszystko to, co kocha najbardziej, co długo budował. Dobrze, że nie wierzę w Los, Przeznaczenie i takie tam, bo teraz bym siedziała i myślała czemu nasze drogi się zeszły, że przecież na pewno po coś. Sami piszemy swoją historię. Ten rozdział, który zaczęłam kilka miesięcy temu jest wyjątkowo skomplikowany. Splatają się tu losy wielu osób. Decyzje obcych ludzi sprzed lat, miały wpływ na to, że teraz ja mam mętlik w głowie i masę dylematów.

sobota, 28 marca 2015

winna

Nigdy nie posądziłabym siebie o robienie rzeczy, które teraz nie dość, że robię to jeszcze z uśmiechem na twarzy. Co gorsza wcale się z tym czynionym złem nie ukrywam. Co najgorsze nikt nie mówi mi, że postępuję źle, niemoralnie, nieetycznie. 
Dlaczego więc to robię, wiedząc że ktoś będzie cierpiał?
Bo i tak już za daleko zabrnęłam. Wczoraj zrozumiałam, że już jest dla mnie za późno na bezstresowe przerwanie tego wszystkiego. Wydawało mi się, że to już koniec i było mi źle. Cholernie bardzo źle. Czułam, jakby coś we mnie umarło. Czułam tę okropną pustkę i ból w sercu. Ciągnę to, bo wiem że cierpieć będę właśnie ja. Nikt inny. Moje życie to nie komedia romantyczna, ani bajka. Nie będzie "i żyli długo i szczęśliwie". Bo to ja jestem ta zła wiedźma. Zanim więc to wszystko runie, zanim wyleję hektolitry łez, zanim świat straci kolory - chcę poczuć, co to szczęście. Bo czuję się szczęśliwa, gdy tylko słyszę jego głos. 
To wszystko jest nieziemsko skomplikowane. Nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo. 
Ja chcę tylko mieć co wspominać. 

Nie chciałam nikomu wchodzić z butami w życie. On mnie do niego zaprosił, a ja głupia przyjęłam zaproszenie.  Czy to znaczy, że jestem zła?
Nie wiedzieć czemu wmawiam sobie całą 'winę', a przecież to On to wszystko zaczął z pełną świadomością tego, że kogoś skrzywdzi. 
Nie ma co szukać mniejszego zła. Siedzimy w tym razem. Po uszy. 


__________________________________________________________________
A na koniec ciężkiego tygodnia mój własny babski wieczór: Piwo, Prażynki, Meczyk, Szybko i Wściekle.

poniedziałek, 23 marca 2015

:(

Myślałam, że mnie lubi. Że chociaż trochę mu zależy. Że to wszystko nie jest 'po coś', ALE jest! Moja psychika trzyma się już na jednym włosku. Jestem o krok od przepaści. Czuję, że tracę nad sobą kontrolę. Nie mam już siły na kolejne poranki. Wykańczają mnie małe rzeczy. Wykańcza mnie zołza z pracy. Wykańcza mnie myślenie. 
Potrzebuję wolnego. 
Muszę wziąć oddech. 
Muszę poczuć, że gdzieś w tym wszystkim jest sens, że nie jest tak źle jak ja to widzę.

niedziela, 22 marca 2015

zawsze coś

Nasza 'znajomość' to ciągłe ALE. 
Zrobilibyśmy wszystko, ALE nie bo coś tam coś tam. 
Możemy się spotkać, ALE nie dziś i nie jutro. Pojutrze też nie. 
Przyjechałby, ALE nie może. 
Też bym przyjechała, ALE też nie mogę.
Może tak jest bezpieczniej, może nawet lepiej, ALE nie szczęśliwiej...
Smutno mi.

Jutro też jest dzień, ale. . .

środa, 11 marca 2015

jestem zmęczona.


pracą.
brakiem wolnego.
ludźmi.
brakiem słońca.
brakiem powietrza.
pytaniami.
krzykami.
pretensjami.
obietnicami.

niedziela, 8 marca 2015

Dzień Kobiet - mój dzień

Postanowiłam urządzić sobie dzisiaj bardzo kobiecy Dzień Kobiet. Zrobiłam sobie pyszne śniadanie, nałożyłam maskę na włosy i zrobiłam smaczny piling na twarz. W międzyczasie obejrzałam serial, a później wzięłam długi, gorący prysznic. Miałam w planach posiedzieć dużo dłużej w łazience, ale na suficie zobaczyłam ogromnego pająka! Tak -jestem typową kobietą w tej kwestii i uciekłam z łazienki, oddając mu ją całą we władanie. Popsuł mi dziad jeden plany. Dopadłam więc do laptopa, co by się światu wyżalić, posłuchać Edyty Górniak, Whitney Houston, wypić kawę i zjeść Toffifee i wcale, ale to wcale nie czekać aż zadzwoni telefon. Bo ja przecież nie czekam. On mi nie obiecał, że spędzimy ten dzień razem, a ja wcale na to nie czekam. 
Słońce wdziera się przez okno wywołując uśmiech na mej twarzy. Kawa tak pięknie pachnie. Czego chcieć więcej? 

No dobra, czekam aż ten cholerny telefon zadzwoni, bo obiecał! Czekam, bo chcę się ładnie ubrać, wyjść z domu i czuć promienie słońca na twarzy, a nie przez szybę. Czekam, bo chcę się z nim zobaczyć i wreszcie wiedzieć o co chodzi. I chcę od niego dostać kwiatka! A co!

A w przerwie od nieczekania jem obiad i oglądam Legalną Blondynkę... sama.

edit:
Już nie muszę czekać. Już jest wieczór. Już jest za późno... 

sobota, 28 lutego 2015

Jesteś jak po maratonie wdech. . .

Tęsknię za nim okrutnie. Tęsknię, choć nie powinnam. Wiem dobrze, że robię źle. Brnę w to wszystko znając zakończenie. Nie będzie happy endu w naszej bajce. Może być źle, albo bardzo źle. Albo totalna katastrofa. D miał być lekiem na całe zło. A stał się złem, na które potrzebuję teraz leku.
Wmawiałam sobie, że potrafię powiedzieć NIE, że to przecież nic trudnego, ale kiedy usłyszałam jego głos niepytana krzyknęłam TAK.  

sobota, 21 lutego 2015

love me like you do

Jestem beznadziejnym przypadkiem. Kiedy A. była w podobnej sytuacji (w sumie trochę gorszej) byłam najlepszym doradcą. Cały czas tłukłam jej, że to co robi jest złe, że do niczego nie prowadzi, że musi to skończyć, że im szybciej tym lepiej. A teraz co? Ciągnę moje bagno w nieskończoność i to z uśmiechem na twarzy. Uzależniłam się od D. A on mi nie pomaga. 90% ostatnich rozmów telefonicznych było z nim. 99% moich myśli było o nim. Najgorsze w tym wszystkim jest udawanie obojętności. Tylko że ludzie obok mnie nie są ślepi. Dlaczego ja to ciągnę, to wiem, ale dlaczego D to robi? On ma swoje dwa bagna, a ze mną robi sobie kolejne.
Chciałabym normalności. Chciałabym, żeby moje serce mogło wreszcie posłuchać rozumu. Nie daję im szansy. 
Ja tylko chcę się czuć dla kogoś ważna. Każdy chce. 

czwartek, 5 lutego 2015

Nieurodziny

Urodziny to takie nasze małe - wielkie święto. Zawsze mi się wydawało, że w ten dzień powinno się być dla wszystkich najważniejszym. Wiem, kiedy moi znajomi mają urodziny i nawet nie wpadłabym na pomysł, żeby w ten dzień zaplanować coś innego, niż wspólne świętowanie. O ja naiwna myślałam, że inni też tak mają. Że moje urodziny też są dla nich ważne. Urodziłam się w takim, a nie innym dniu. Tak wyszło. Teraz wychodzi, że to był głupi pomysł. Mogłam zacząć się pchać na świat tydzień wcześniej, albo później. Może nie czułabym się w dzień urodzin zapomniana przez świat. 
Pamiętam tylko jedne urodziny w życiu, kiedy moi znajomi zrobili mi niespodziankę i spędzili cały dzień ze mną. Dzień, w którym faktycznie czułam się najważniejsza. Tak, to była niespodzianka. Raz na prawie 30 lat.
W tym roku musiałam się prosić o chociaż jedno piwo. 

Życzę sobie  urodzinowo dużo cierpliwości i siły. 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Mam tę moc!

Jestem za słaba psychicznie na te bagno, w którym się topię. Jestem też za słaba żeby odejść. Logika mówi, że powinnam wstać, pokazać że "mam tę moc!" i nie przejmować się innymi. 
Brzmi prosto. 
A jego najzwyczajniej w świecie bawi to, że się na niego wkurzam. A jeszcze bardziej cieszy go świadomość, że nie umiem się wkurzać dłużej niż 5 sekund. 
Jestem na straconej pozycji. 

sobota, 24 stycznia 2015

to nie był sen

Noc. Jechałam samochodem przez miasto. Wracałam do domu. Nagle poczułam ogromną złość na cały świat i wcisnęłam pedał gazu. Silnik zaryczał i auto zaczęło przyspieszać. Coraz bardziej i bardziej. A ja patrzyłam tępo przed siebie i wyobrażałam sobie, że nie wyrabiam na zakręcie, wpadam w poślizg i uderzam w betonowy słup. Chciałam tego. Chciałam się rozbić.
Wcisnęłam hamulec w ostatnim momencie. Środkiem drogi wpadłam w ten cholerny zakręt. Zwolniłam do 30km/h i toczyłam się powoli na parking przed domem. Poza mną i tak nikogo w zasięgu wzroku nie było.
Zgasiłam silnik i nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

"Najprawdziwiej żyjemy w snach na jawie" - usłyszałam to w jakimś filmie. Utkwiło mi w głowie na dobre.  Coś w tym jest.

sobota, 17 stycznia 2015

hormony

Zawsze myślałam, że hormony okresowe mnie nie dotyczą. Moje zachowanie podczas 'tych dni' nie odbiegało od normy. Owszem podczas PMSa to bez kija nie podchodź. 
Od 3 miesięcy jednak coś się we mnie poprzestawiało. Owszem, dalej jak mam ochotę wymordować cały świat, za to że ktoś się krzywo popatrzył, to już wiem ze został mi max tydzień spokoju. Gorzej, że pierwszego i drugiego dnia zamieniam się w płaczkę. Byle co i z oczu lecą mi łzy.
Płaczę np od wczoraj bo:
Bo wczoraj oglądałam najpiękniejszy film w życiu - "Boże Narodzenie". (<- klik)
Bo tego filmu nigdy wcześniej nie puszczali w TV (a przynajmniej ja o tym nie wiedziałam), no i właśnie DLACZEGO NIE?
Bo to film o wojnie.
Bo ukazywał jak żaden inny, że wojna to absurd. Że wojny prowadzą ci u góry, a walczą ci na dole. Że tamci są spokojni, a giną niewinni. W imię czego?

Bo weszłam dziś na pewną stronkę (<- klik)  i obejrzałam tam filmik. Niby nic, a do tej pory mam mokre oczy. 

Bo ON nie dzwoni. A powinien!

piątek, 16 stycznia 2015

i to by było na tyle...

Postanowienie noworoczne poszło w cholerę. Miałam się trzymać dzielnie, a dzisiaj uległam pięknym oczkom. 
Jestem za słaba.
Mam słabość do pięknych oczek.
Fuck!

czwartek, 8 stycznia 2015

Fairytale

- Znalazła Pani tego swojego Księcia już?
- Nie
- To życzę Pani wszystkiego dobrego i żeby się znalazł.
- Ale ja nie szukam Księcia z Bajki.



Znalazłam ich już w życiu wystarczająco dużo, żeby przekonać się, że istnieją. Tylko, że w mojej bajce ja zawsze byłam Dobrą Wróżką, a nie Księżniczką. 
W sumie to ja nawet nie szukałam Księcia, ale Rycerza. Spotykałam ich, a oni uzyskawszy pomoc odjeżdżali w siną dal ze swoimi Księżniczkami. Bo dzięki mnie je znaleźli, docenili, pokochali na nowo. 
Ironia losu...


piątek, 2 stycznia 2015

2014/2015

To był pierwszy Sylwester od chyba pięciu lat, kiedy to o północy patrzyłam w rozświetlone fajerwerkami niebo i pomyślałam, że to był dobry rok. Tak. Nigdy nie będzie przecież idealnie. Nie spotka nas 365 dni ciągłej radości. Najważniejsze, że o 24.00 czułam się szczęśliwa. Miałam obok siebie ludzi, którzy byli blisko mnie cały rok. 
Teraz czuję, że i ten rok będzie dobry. Może nawet lepszy. Bo tak sobie noworocznie postanowiłam. Bo jestem rok starsza i o rok mądrzejsza. Ci wszyscy ludzie, których spotkałam czegoś mnie nauczyli. Pokazali mi, kim jestem i co potrafię. Czasem sama się dziwię, skąd mam tyle siły. 
Teraz będę potrzebować jej jeszcze więcej. Ale dam radę. Bo jak nie ja, to kto? ;-)