potrzebuję siły do walki.
piątek, 30 października 2015
poniedziałek, 12 października 2015
problemy
Tęsknię za tamtymi oczami i każde inne wpatrujące się we mnie, sprawiają że odwracam wzrok.
Tęsknię za tamtymi dłońmi i każde inne wyciągnięte w moją stronę, sprawiają że uciekam.
Tęsknię za tamtymi ustami i każdy dźwięk skierowany z innych, sprawia że się wyłączam.
Tęsknię za D i każdy facet, który nim nie jest, sprawia że tęsknię za nim jeszcze bardziej.
Udało mu się - przestałam myśleć, kalkulować, bać się - zaczęłam po prostu chcieć mieć go przy sobie - bez względu na wszystko.
Próbowałam jednak pomiędzy tęsknieniem spotykać się z kimś innym. Początek znajomości był obiecujący, ale im dalej w las tym ciemniej, tym bardziej chciałam wracać do tego co było. Stałam się osobą, która ma wiecznie słuchać o problemach i tylko o problemach. A ja mam swoje i słuchanie ciągłego użalania się nad sobą mnie wykańcza. Ok, każdy ma problemy i nie powinien zamykać się z nimi w sobie, ale jest granica. Nie można zrzucać wszystkiego na kogoś innego, nie można ciągle gadać że los się na mnie uwziął i za przykład tych okrutnych problemów podawać takie pierdoły, że głowa mała. Mój niedoszły Luby uważa, że tylko on ma prawdziwe problemy, że jakie ja mogę mieć i że nic tylko się pociąć. On ma najgorzej na świecie i koniec. Słuchanie ciągłych narzekań i tylko narzekań męczy i odbiera energię. Nie mam siły na przebywanie w jego towarzystwie. Nie mam siły słuchać, że jest źle i będzie tylko gorzej. Trzeba przecież odróżnić mówienie o problemach, bo każdy je ma i każdy chce o nich z kimś porozmawiać - to normalne! - od szukania ich na siłę - ba!- od tworzenia ich samemu. Wkręcił sobie, że świat jest cały czas przeciwko niemu i wszędzie szuka na to dowodów. Ciągle tylko słyszę "co ja takiego zrobiłem, że ciągle mam tak pod górkę". Aż mam ochotę mu wykrzyczeć, że jak się cięgle kopie dół to tak jest! On już w poniedziałek wie, że sobota będzie złym dniem. Litości....
Taki typ faceta potrzebuje kobiety "matki", która go wysłucha, przytuli, wesprze, pocieszy, a ja jestem typem kobiety, która ma ochotę kopnąć go w cztery litery i przywrócić do porządku.
Nie mam na to siły ani ochoty.
Ja potrzebuję czegoś normalnego.
czwartek, 1 października 2015
po trupach do celu...
...to jakoś nigdy nie było moje motto życiowe. Zawsze to bardziej byłam taką "ofiarą losu", która wszystkim pomoże, a sama zostanie z niczym. Praca w korpo jednak uczyniła mnie innym człowiekiem. Takim dla którego czas wolny praktycznie nie istnieje. Weekend (czasem składający się tylko z niedzieli) służy do wyspania się. Kompletnie nie ma kiedy naładować bateryjek. Mam wrażenie, że działam w jakimś "trybie awaryjnym". Praca w korpo ma też to do siebie, że nie jest się tam człowiekiem, tylko maleńkim trybikiem, w wielkiej maszynie. Mały trybik musi dawać z siebie wszystko, bo jak nie daje to się go bez problemu wymienia na nowy. Bo przecież nie ma niezastąpionych trybików! Ja od początku wiedziałam, że jestem trybik tymczasowy, ale i tak dawałam z siebie milion procent. Bo sto to za mało. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że co mi zależy - i tak mój czas niedługo dobiegnie końca, więc może by tak coś w tej maszynie pozmieniać. Podrzuciłam kilka pomysłów, a kierowniczka ochoczo wprowadzała je w życie. I nagle z szarego małego trybika zostałam trybem. Jako że jestem najmłodsza stażem z załogi - nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Tym bardziej, że ten mój "awans społeczny" został zauważony przez innych. I teraz w oczach starszej stażem koleżanki jestem wrogiem publicznym nr 1, a w oczach innych przebiegłą bestią, która wykończyła starszą stażem. Generalnie poza SSK wszyscy wyglądają na szczęśliwych, że sytuacja się zmienia na korzyść dla mnie, ale ja dziwnie się czuję widząc za sobą trupy. . .
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mój "awans społeczny" polega na tym, że mam przejąć obowiązki dwóch innych osób i pracować dalej za tą samą kasę. 3 etaty w 8 godzin - co to dla mnie. I to wszystko w zamian za możliwość dalszej owocnej współpracy. W sumie po obliczeniach zysków i strat wyszło mi, że wyjdę na plus.
Ta jesień to w ogóle jakaś dla mnie pomyślna. Moja nowa "miłość" kwitnie w najlepsze. Trafiłam na cierpliwego faceta, który jest gotów poczekać aż się ogarnę po D. Nie jest to prostą sprawą jednak wyrzucić kogoś ot tak z serca i głowy. Nie jest tak prosto cieszyć się z dotyku kogoś innego.
Najważniejsze jest to, że czuję jakbym stawała na nogi, jakbym mogła wszystko, jakby wszechświat krzyczał, że teraz jest mój czas!
Jestem cholernie zmęczona, ale szczęśliwa.
edit:
Motto dnia:
NIE CHWAL DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA
edit:
Motto dnia:
NIE CHWAL DNIA PRZED ZACHODEM SŁOŃCA
Subskrybuj:
Posty (Atom)