ONA dawno temu przechodziła to samo, co ja teraz. Tamta historia skończyła się źle. Bardzo źle. Podobno tak źle, że boli do tej pory. Boli, mimo że teraz układa życie z kimś innym, mimo że upłynęło ładnych parę lat. Ma teraz swoją małą rodzinkę. Tamtych dni, przeżyć, bólu nie da się jednak wymazać. Zapytała tylko, czy mam nadzieję że kiedyś nam się uda. Kiedy pewnym głosem odpowiedziałam NIE - uspokoiła się. Mówiłam, że wiem jak jest, jak będzie, ale że teraz nie umiem odpuścić, że jest za późno, że chyba gorzej być nie może. Posmutniała, bo chyba widziała we mnie dawną naiwną siebie. Ja posmutniałam, bo wcale nie byłam pewna tego NIE. Pewna jestem, że NIE CHCĘ zniszczyć jego rodziny, ale po cichu w głębi duszy liczę jednak, że zrobi to ktoś inny...Czuję się z tym źle. Źle mi ze świadomością tego, co robię. Źle mi z tym, co czuję.
Nie umiem nic nie czuć. Nie umiem powstrzymać radości na dźwięk jego głosu. Nie umiem się nie uśmiechać, kiedy On się uśmiecha do mnie. Jak mam się nie cieszyć, że jestem powodem jego radości?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz