Zawsze byłam bałaganiarą. O ile jednak bałagan w szafie czy na biurku mogę szybko i łatwo ogarnąć, to tego który zrobiłam sobie w głowie nie sposób posprzątać niczym. Kubeł zimnej wody nie pomaga, świadomość własnej głupoty też nie. Zaczęłam więc od małych kroczków. Nie sądziłam jednak, że ten mały pierwszy kroczek okaże się tak trudny i bolesny. Zaczęłam od niepocałowania go i niedotykania. Brzmi prosto? Co trudnego jest w niecałowaniu i trzymaniu się z rękami z daleka? Ano to, że zawsze na powitanie i pożegnanie dawaliśmy sobie chociaż małego buziaka. Że w każdej chwili, gdy byliśmy sami przytulaliśmy się jakbyśmy się mieli już nigdy nie zobaczyć. Cholernie trudno było mi podejść i przywitać się na odległość zwykłym "hej". Jeszcze trudniej było odchodzić kiedy On się zbliżał. Kiedy odchodził miałam łzy w oczach. Tak strasznie chciałam, żeby wrócił, objął mnie i pocałował. W jego oczach widziałam to samo. Stał, patrzył na mnie bezradny i smutny, jakby nie wiedząc co zrobić. To była jedna z gorszych chwil ostatnich miesięcy. Wsiadłam do samochodu i próbowałam nie płakać. Nie wyobrażam sobie, że tak będą teraz wyglądać nasze spotkania. Nie dam rady być tak blisko niego i jednocześnie tak daleko...
Wiesz, może to niewiele - ale jestem z Ciebie dumna :)
OdpowiedzUsuńDziękuję, ale chyba jeszcze za wcześnie na 'świętowanie', bo drugi krok będzie gorszy - będę musiała zdobyć się wreszcie na szczerą rozmowę i zostanie już tylko trzeci kroczek - ciągle powtarzać ten pierwszy i starać się dzielnie nie ulec ładnym oczkom. Proste!
UsuńTrzymaj kciuki!
Byle nie zrobić kroku wstecz, jak już uda się przejść przez każdy kolejny.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki, by było coraz bliżej szczęścia :*